Wstydziła się baba ślusarza przy stole, bo mówił za prosto i pachniał warsztatem, lecz kiedy jej zamek zaciął się w stodole, to biegła do niego z czerwonym tematem. Mówiła, że „robol” to wstyd i kalectwo, że lepszy jest panicz w koszuli z kołnierzem, a ślusarz miał fach, miał robotę i męstwo, i robił zawiasy, co trzymały szczerze. Gdy panicz jej prawił o trendach i klasie, nie umiał odkręcić złamanej zasuwy, a ślusarz bez gadki, w roboczym pasie, naprawił jej bramę i wyszedł bez mowy. I baba pojęła, że pycha to zmora, że wstydzić się pracy to głupia choroba, bo ręka ślusarza, choć czarna od smaru, więcej jest warta niż mina snoba.